Spotkanie w lesie.

Przedstawiam malutki fragment mojej nowej powieści. Będzie to historia  opisująca niezwykłe przygody polskich żołnierzy – towarzyszy broni sławnego  husarskiego pocztu, którzy z różnych powodów, a przede wszystkim dla chwały króla i korony polskiej, podjęli się karkołomnej wyprawy w nieznane i dzikie ostępy dalekiej Azji. Opowieść zaczyna się w czasie, kiedy hetman Żółkiewski zdobywa Moskwę, a kończy… Może nie będę zdradzać wszystkich tajemnic. Dodam jedynie, że planuję zamknąć całość  przygód porucznika Groszkiewicza i jego kompanów w trzech tomach. Poniżej fragment pierwszego rozdziału.

PS. Tekst nie jest jeszcze poddany korekcie.


… ” Konie szły wolno leśnym duktem, stąpając cicho po grubej warstwie bukowych liści. Jeźdźcy, widać zmęczeni długą drogą, drzemali w siodłach. Opuszczone głowy kiwały się rytmicznie w takt wolno stawianych końskich kopyt. W mrocznym jesiennym lesie panowała zupełna cisza. I gdyby nie ciche parsknięcia, dobywające się od czasu do czasu z buchających parą chrap, nikt nawet by się nie domyślił, że drogą ciągnie mały  oddział zbrojnych. Jednak myliłby się ten, kto by pomyślał, że przejazd odbywał się zupełnie bezwiednie, bowiem gromada była pilnie obserwowana. 

Czyjeś czujne oczy już od jakiegoś czasu nie spuszczały wzroku z żołnierzy. Wykorzystując znajomość terenu i rosnące co jakiś czas kępy cisów bądź jałowca, nisko pochylona krępa postać podążała w ślad za cichym pochodem. Czasem nawet wyprzedzała kawalkadę, biegnąc do przodu i przewidując, którędy pojadą zbrojni. Nie było to łatwe zadanie, bo nie dość, że osoba musiała się ukrywać przed wzrokiem jadących, to jeszcze taszczyła ze sobą dwa upolowane zające. 

Wreszcie, kiedy tajemniczy obserwator wyprzedził znacznie grupę, zaraz zaległ za wielkim kopcem mrowiska. Tam zdjął z głowy grubą futrzaną czapę i otarł spocone czoło. Spod czapki wysypały się złote loki włosów. Rękawem skórzanej kurtki otarł zwisający z nosa smark. Potem odłożył na bok zające i poprawił, tkwiący na plecach, łuk z kołczanem. 

Okazało się, że przejazd wojska obserwował szczupłej budowy kilkunastoletni chłopiec. Kiedy chwilę odsapnął, wyjął zza pazuchy nadgryzione jabłko i cicho ugryzł kawałek, chowając resztę z powrotem pod kurtkę. Wolno żuł miąższ owocu, patrząc uważnie w stronę skąd mieli nadjechać żołnierze. Kiedy ich wreszcie dostrzegł, przywarł mocniej do mchu i tak przyczajony, dalej uważnie obserwował z ukrycia niemy pochód. 

Czytaj dalej

Reklamy
Opublikowano Fragment powieści, Opowiadania | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

GARNEK – fragment

Chciałem Wam dzisiaj zaprezentować fragment mojej nowej powieści. Roboczy tytuł –  „Garnek”, pokazuje i określa rodzaj prowadzonej narracji, która  toczyć się będzie przez całą historię. Mam nadzieję, że  lektura małego odcinka zaciekawi Was na tyle iż potem sięgniecie po  całą książkę. Zapraszam.

PS. Tekst jest, jak to mówią – „gorący” i przed korektą.


Urodziłem się w pewien deszczowy wiosenny poranek roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego. Moim ojcem został wówczas, o czym zapewne nie wiedział do końca swoich dni, niejaki Wincenty Prugalec. O matce, nic mi nie było wiadomo. Mówię został, bo w moim konkretnie przypadku, poczęcie i narodziny były w zasadzie jednym i tym samym. 

Nie unoście brwi w zdziwieniu. Zaraz wszystko wyjaśnię. Zresztą, nie tylko wytłumaczę, ale też opowiem, jak to się stało, że przyszedłem na ten piękny, dziwny, ale i  zarazem straszny świat… i co się potem wydarzyło.

*

Wincenty siedział na niskim drewnianym krzesełku i starannie zawiązywał sznurówki butów. Pętelki musiały być ułożone równiutko po obu stronach trzewika. Nie mogły być ani za długie albo, co nie daj Boże, zbyt krótkie i nierówne. Długie końcówki ciągnęłyby się po ziemi i mógłby na nie nadepnąć! Jeszcze raz ocenił surowym okiem stan obu butów. Stwierdził po chwili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, co skwitował cichym mruknięciem aprobaty:

– No…

Odwrócił się i spojrzał na małego chłopczyka, stojącego tuż za nim, nieco z boku. W oczach mężczyzny można było wyczytać dumne słowa:

– Widzisz mały, jak powinny wyglądać buty porządnego i uczciwego człowieka? Podziwiasz ten błysk skóry i idealnie ułożone sznurówki? Tak właśnie powinno być! Dokładnie tak, mój synu. Porządek i dokładność!

Zresztą nie tylko oczy mówiły chłopcu o tym, co jest najważniejsze w życiu szanowanego człowieka. Bowiem Prugalec powtarzał swoje czasem nazbyt dziwne zasady i reguły życiowe żonie i dziecku bardzo często, a może i nawet zbyt często. Czasem jest tak, że od nadmiaru czegoś, mimo iż jest to dobre, robi się nam niedobrze i można zwymiotować. 

Wincenty jednak tak tego nie traktował i nie zauważał, że nauki o byciu porządnym człowiekiem wychodzą już bliskim bokiem. Kładł bliskim cierpliwie do głów od lat i w kółko, jak je sam określał; „złote myśli” i motta życiowe, niczym mantry hinduskich mnichów.  

Dzieciak, mniej więcej w wieku sześciu albo siedmiu lat, wytrzymał wzrok ojca. Patrzył mu ufnie w oczy, trzymając w rękach mocno wyświechtaną teczkę Wincentego. Tuż za nim trwała w milczeniu młoda kobieta, opierając dłonie  na ramionach dziecka.

Prugalec wstał z ryczki. 

Przeciągał palcami po kantach spodni, a potem naciągał szelki, wkładając kciuki pod szeroką gumę. Sprawdzał, czy klamerki dobrze się trzymają spodni. Na koniec pociągał w dół rękawy białej bawełnianej koszuli i wkładał podaną mu przez żonę kapotę. Wreszcie, dokładnie wyuczonym ruchem dłoni, przygładzał  pociągnięte brylantyną włosy. 

Ten rytuał odbywał się każdego poranka, kiedy to Wincenty szedł do pracy. 

Po „ulizaniu” włosów, żona podawała mężowi czapkę z daszkiem, a syn oddawał trzymaną w rękach teczkę, która nieodmiennie wypełniona była dwoma rzeczami; śniadaniem, zawiniętym w natłuszczony papier oraz butelką po piwie, wypełnioną mocno posłodzoną herbatą. 

W drodze do pracy do teczki trafiał jeszcze jeden przedmiot – gazeta poranna w postaci „Głosu Pomorskiego”.  

Tak wyekwipowany Wincenty, całował żonę w czoło, czochrał po głowie syna i wychodził z mieszkania mówiąc:

– Z Bogiem, kochani. Wrócę,  jak  zawsze. 

Żona Aniela i synek Wojciech, podbiegali wówczas do okna w kuchni i patrzyli, jak mąż i ojciec maszerował dziarskim krokiem w stronę fabryki. Nigdy nie zdarzyło się, żeby się odwrócił i pomachał do nich. Mimo, że wiedział doskonale o ich nosach przyklejonych do szyby. Po drodze dołączali do niego inni robotnicy, i tak już w sporej grupie, znikali wszyscy za rogiem kuźni, skąd, mimo wczesnej pory, dochodził już hałas bijących o kowadła młotów. 

Owego deszczowego poranka, Wincenty Prugalec szedł dziarskim krokiem do pracy w fabryce „Herzfeld i Victorius – Odlewnia Żeliwa, Emaliernia i Zakłady Mechaniczne w Grudziądzu”, nieodmiennie jak co dzień od wielu lat.

Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie podejrzewał iż tego właśnie dnia ponownie zostanie ojcem, a jego życie zostanie postawione na głowie.

Czytaj dalej

Opublikowano Fragment | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Opowiadanie na zamówienie.

Tym razem chcę zaprezentować krótkie opowiadanie opisujące, jak czasami bywa trudny i niewdzięczny żywot pisarza. Szczególnie takiego, który tworzy na czyjeś zlecenie.  Humoreska powstała przy okazji któregoś z konkursów literackich. Mam nadzieję, że kiedy ją przeczytacie, wtedy docenicie poświęcenie, którego doświadcza nie jeden literat w trakcie swojej pracy twórczej. 😉

Ach! No i nie przejmujcie się faktem, że w części tekstu jest absolutny brak interpunkcji! To efekt owej ciężkiej i znojnej pracy literata.

 

„Opowiadanie na zamówienie”

***

Usiadłam zmęczona na podłodze i smętnym wzrokiem omiotłam pokój. Szmatką, którą właśnie wycierałam szuflady i boki biurka, otarłam z czoła pot.
Booże, jeszcze tyle roboty! Zachciało ci się remontów; malowania, gładzi gipsowej, pyłu, gruzu i wszelkiego badziewia. Jakby „stare” ściany były nierówne albo podziurawione. A mówił mi, przekonywał, że jest ładnie i czysto, nie trzeba nic poprawiać. Teraz idiotko, siedź tu i płacz. Bo wiesz? Tak będzie ładnie, nowocześnie i w ogóle – trendy…

Położyłam się na plecach w tym chlewie i zapaliłam papierosa, rozpamiętując ostatnie pokręcone dni. Pod głowę wsadziłam zwiniętą w kłębek folię malarską, obserwując z uwagą od spodu blat biurka. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że tak faktycznie są miejsca w domu, których człek nigdy nie ogląda. Nawet przez całe życie! Na przykład taką spodnią część biurka, stołu albo tyłu szafy, o meblościance nie wspomnę.
O, guma… I druga, trzecia. Fe…

Kto to poprzyklejał i kiedy, ja sama? Chyba jeszcze w liceum, bo wyglądają jak donaldy albo balonówy. Patrzcie, tyle lat, a trzymają jak beton.
Podniosłam się na łokciu, przyglądając się uważnie różowawym i niebieskawym grudkom, a nawet zdobyłam się na to, żeby je dotknąć delikatnie palcem. Potem trzymaną w ręce szpachelką usiłowałam odkleić przeżute badziewie. Szło opornie, ale jakoś dałam radę. Zgasiłam fajkę w puszce po zaschniętym klajstrze i z powrotem zabrałam się do prawdziwej roboty. Wczołgałam się głębiej pod biurko i tą samą szpatułką, którą zdrapywałam gumy, zaczęłam zeskrobywać zeschnięte grudy gipsu poprzyklejane do listwy przypodłogowej. Robota dla głupich, która wyłącza myślenie.

Czytaj dalej

Opublikowano Opowiadania | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Buteleczka

 

Dawno nie wstawiałem krótkiego opowiadania. Dlatego przyszedł czas na bajeczkę. Nie jest to wesoła historia, ale… może trochę pouczająca, jak to z bajkami bywa. Opowieść z dawnych „zapasów”. Zapraszam.

Buteleczka

Pewnego dnia, jakiś czas temu, gdzieś – nie wiadomo gdzie, na wygrzanym słońcem chodniku, a w zasadzie na jego brzegu, siedziała na na małym krzesełku – „Postać”. Osoba ta, była szczelnie okutana w luźną szatę koloru indygo. Na głowie miała słomkowy kapelusz z szerokim rondem, przyozdobiony kilkoma łąkowymi kwiatkami. Na dłonie  naciągnięte delikatne koronkowe rękawiczki. Celowo nazwaliśmy tę osobę – „Postacią”, gdyż szerokie rondo kapelusza skutecznie zasłaniało jej głowę i twarz, zaś szata całą sylwetkę, przez co trudno było orzec kim jest. Co prawda, szczegóły ubioru wskazywałyby, że jest to kobieta. Jednak co w dzisiejszych czasach możemy uznać za pewnik tylko po szczegółach ubioru?

Nasza Postać, ustawiała po swojej lewej stronie małą metalową puszkę po kawie. Po prawej zaś, dużą skórzaną torbę, taką jaką kiedyś dawno, dawno temu używali lekarze do przenoszenia swoich narzędzi i leków. Torba była czarna i chyba bardzo stara, bo skóra w niektórych miejscach mocno już była sfatygowana. Od czasu do czasu nasza Postać, wyjmowała z niej małą ceramiczną buteleczkę. Każda buteleczka jaką wyjęła była piękna. Wszystkie emaliowane w różnych kolorach; od zielonego po krwisto czerwony. Każda też, miała ładny naturalny koreczek. Można uznać, że małe naczynka były arcydziełem sztuki ceramicznej. Osoba ta zawsze trzymała buteleczkę na wyciągniętej przed siebie, otwartej ręce.

Przechodnie na naszą istotę spoglądali z ciekawością. W zasadzie, kto przechodził, oglądał się na nią, a nawet zatrzymywał, by się jej przyjrzeć dokładniej albo zamienić słowo. Nikt nie był obojętny na widok „Postaci”. Co prawda „Ona” nigdy się nie odzywała, więc był to raczej monolog i ludzie odchodzili zdziwieni, zniechęceni lub nawet wrogo nastawieni. Mrucząc niejednokrotnie pod nosem:

– Na co też sobie „Oni” pozwalają!

Co prawda nie wiadomo, kim byli owi – „Oni”, jednak i takie okrzyki można było usłyszeć nad naszą Postacią. Mimo wszystko, większość przechodniów widząc puszkę zdawała sobie sprawę, że należy do niej wrzucić pieniądze.  Widocznie ktoś potrzebuje pomocy.
Gdy tylko to zrobili, nasza „Postać” wyciągała rękę z buteleczką wyżej i zachęcała do wzięcia naczynia przez darczyńcę. Przechodnie byli tym bardzo zaskoczeni. Jedni zabierali naczynko, oddalając się dokładnie je oglądając, a potem chowali do torby, teczki lub kieszeni. Inni zaś odchodzili w bok nie zabierając go, wzruszali tylko ramionami i oglądali się za siebie.

Czytaj dalej

Opublikowano Opowiadania | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Moje książki

Szanowny Czytelniku!

Zapewne wiesz, że w ostatnim czasie, dzięki nowym możliwościom wydawniczym, udało mi się wydać trzy swoje powieści: „Lato Rudiego”, Akretanię” i „Życie to loteria”. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy!

Wydawnictwo Ridero otwarło przed takimi twórcami, jak moja skromna osoba, nowe możliwości. Tak więc taki ktoś jak ja, co to pisał do tej pory dla najbliższych i do tak zwanej „szuflady”, może teraz wydać swoje dzieła drukiem lub w wersji elektronicznej. O ile oczywiście czuje się na siłach oraz jest przekonany o tym, że to co stworzył powinno wypłynąć na świat.

Obszerne fragmenty moich powieści do niedawna prezentowałem na blogu, jednak obecnie zostawiłem tylko pierwsze ich rozdziały i to czasem o innych tytułach niż są ujęte w książkach. Zrobiłem tak z bardzo prozaicznego powodu, ponieważ, mówiąc kolokwialnie, nie będę sam sobie robić konkurencji!

Tak więc, Szanowny Czytelniku, teraz możesz wziąć do ręki książkę mojego autorstwa i w spokoju przeczytać sobie o losach Rudiego, czy też kapitana Żeleźnioka albo dzielnego Lutka, popijając kawę w zaciszu domowym lub na mobilnych urządzeniach w dowolnym formacie.

Dla zainteresowanych przedstawiam odnośniki do:

„Lato Rudiego”,

„Akretania”

„Życie to loteria”.

Nie znaczy to wcale, że na blogu od czasu do czasu nie będą się pojawiać inne moje próby literackie, jak; krótkie opowiadania, felietony bądź projekty nowych powieści. Obiecuję, że blog Zurbanizowanego, będzie dalej tętnił życiem. Poniżej prezentuję zdjęcia wydanych pozycji.

IMG_0421

IMG_0431

Zapraszam do lektury!

Sergiusz Jan Urbanowicz

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Posterunek kontraktowy



Posterunek kontraktowy

***

Szczupły, starszy pan żwawym krokiem wszedł po kilku stopniach schodów i otwarł drzwi do małej poczekalni. Rozejrzał się po pustym pomieszczeniu i zawołał:

– Halo? Halo, jest tam kto!? No, jasna cholera!…

Podszedł do małego okratowanego okienka i zaczął stukać okuciem laski w metalowe pręty. Widać było, że jest zdeterminowany i żadna siła, ani przeszkoda nie zmusi go do odstąpienia od realizacji powziętej decyzji. Przesunął w dół nosa okulary i wachlując się kapeluszem, biegał nerwowo od drzwi wejściowych do kraty, stukając we wszystko co się da; dużą tablicę informacyjną, stary żeliwny kaloryfer, czy metalowy kosz na śmieci. Dobijał się tak ładnych klika minut, jednak jak do tej pory jego wysiłki nie dawały żadnych rezultatów. Bowiem w budynku panowała kompletna i absolutna cisza. S
Stara, przedwojenna szkoła, nauczyła go, że nie wolno dawać za wygraną, więc po kolei sprawdzał wszystkie możliwości dostania się do środka lub wywołania kogoś z urzędników na zewnątrz. Wyszedł na zewnątrz i pukał w drzwi i okna na parterze, potem wrócił i znowu walił w okratowane okienko na poczekalni, nad którym na dużej emaliowanej tabliczce, przymocowanej tuż pod godłem, widniał napis:

„POSTERUNEK KONTRAKTOWY – DYŻURNY – PUKAĆ”

No, to, pukał!
Na spoconej i czerwonej twarzy dziadka widać już było, że ciśnienie i złość zaraz go rozsadzą albo doprowadzą do palpitacji serca. Z kieszeni wyciągnął monetę i właśnie zamierzał przy jej pomocy stukać w szybkę za kratą, gdy nagle coś zgrzytnęło, szurnęło i okienko się otwarło, a do naszego petenta dobiegł przytłumiony głos:

– Czego, szanowny pan sobie życzy?

Zaskoczony nieco starszy pan, nabrał powietrza w płuca i wypalił:
– Od pół godziny dobijam się do was i co!? I nic… – odpowiedział sam sobie – Zabiliby człowieka, a nikt by się nie ruszył!… – wysapał z pretensją w głosie.
– Proszę pana, w czym mogę panu pomóc? – Ponownie odezwał się ten sam; cichy, spokojny i beznamiętny głos z ciemnej okiennej czeluści.
– W czym pomóc!? – wykrzyczał starszy pan, nachylając się nisko do otworu, mimo dokuczającego mu od kilku dni ataku lumbago. – Zawiadomienie, przyszedłem złożyć! Zostałem w biały dzień, brutalnie i bezczelnie okradziony! – krzyczał w nieprzenikniony mrok pomieszczenia, usiłując jednocześnie dostrzec z kim rozmawia i kogo personalnie może obarczyć odpowiedzialnością za…

– No, teraz to się nie wyprostuję – stęknął, łapiąc się za plecy. Ból w krzyżu uświadomił mu, jak niebezpiecznym było z jego strony schylanie się tak nisko.

– Taaak? Okradziony?… – Usłyszał.
– Panie oficerze, chyba mi coś w lędźwiach strzeliło…

– Nooo, panie. To na pogotowie trzeba iść, do lekarza, a nie na posterunek. – Padła, jak zawsze zresztą, spokojna i logiczna odpowiedź.

Czytaj dalej

Opublikowano Opowiadania | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

„Listy do Mayumi” – Rozdział I – „Tokio”

„Listy do Mayumi”

FRAGMENT POWIEŚCI

Sergiusz Jan Urbanowicz

Rozdział Pierwszy:

„TOKIO”

***

Mężczyzna z mozołem piął się pod górkę, pchając przed sobą rower. Dzień był wyjątkowo gorący jak na tę porę roku. Dopiero zaczęła się wiosna, a mimo to słońce grzało niemiłosiernie, i jakoś tak ostro, wypalając dziurę w głowie. Stanął na chwilę, zdjął czapkę z daszkiem i otarł spocone czoło chusteczką, potem poprawił torbę umocowaną do dużego kosza na kierownicy roweru i ruszył dalej w męczącą drogę.

Mijał właśnie uroczy dom pani Haruko, gdy dostrzegł na skrzyżowaniu ulic grupkę dziewcząt, stojących pod sklepem herbacianym pana Masukari. Żywo o czymś dyskutowały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Jednakowe mundurki koloru indygo z wielkimi białymi kołnierzami wyłożonymi na plecy oraz granatowe spódniczki od razu wyróżniały je z tłumu ludzi. Gimnazjalistki zdjęły niebieskie berety z głów i gadając głośno popijały zimną zieloną herbatę z lodem. Chichotały przy tym, jakby w napoju znajdował się jakiś środek rozśmieszający, a nie zwyczajna sancha słodzona syropem ryżowym mitoku.

Wszyscy wiedzą, że pan Masukari robi najlepszą zimną sanchę z syropem i lodem w całej dzielnicy, ale żeby pijąc, wyczyniać tyle hałasu? Ech, ta dzisiejsza młodzież, robi co chce – myślał pan Kenzo Watanabe, listonosz urzędu pocztowego Yubin-kyoku w dzielnicy Arakawa. Mocno zdegustowany zachowaniem młodych kobiet.

Mężczyzna zatrzymał się, poprawił mundur i przez chwilę z dezaprobatą przyglądał rozchichotanym dziewczętom. Pracował w tej dzielnicy kilkanaście lat, przez co znał każdego mieszkańca, od tego małego, po tego już bardzo starego. Dlatego od razu poznał kim są „chichotki”.

Najwyższa z nich, chuda jak tyka – Ichiko Okuma, córka miejscowego krawca. Mieszka kilka przecznic dalej, tuż obok masarni pana Kurosawy. Druga, ta odwrócona plecami i nieco niższa, ale za to tęższa od Ichiko, to Fumiko Suzuki – druga córka pana Suzuki, starszego urzędnika dzielnicowego. A ta trzecia?… – zastanawiał się chwilę. – Przecież to Mayumi Fukusawa, córka pana Eiji Fukusawy, tego znanego inżyniera! Mam do niej list w torbie! Widać wreszcie wrócili z Europy! Co za szczęście, nie będę musiał chodzić na drugi koniec ulicy, żeby go dostarczyć, tym bardziej, że nie mam innych przesyłek po tamtej stronie.

Pan Watanabe tak się podekscytował odkryciem, że nie patrząc na boki, ruszył gwałtownie przed siebie, prosto w stronę sklepu pana Masukari i stojących przy nim dziewcząt.

Całe szczęście, że rikszarz biegł wolno, inaczej doszłoby do niezłego karambolu. Jednak biegnący chłopiec musiał gwałtownie skręcić, omijając rower listonosza i jednym z drążków rikszy potrącił wypełniony po brzegi kosz z owocami kaki, wystawiony przed dom pana Kawaguchi. Ogrodnik pieczołowicie owijał każdy owoc w białą karbowaną bibułkę z papieru ryżowego. Sporych rozmiarów drzewo persymony rosło na jego podwórku, dlatego jak co roku, wystawiał przed dom jesienne zbiory tych smacznych i słodkich owoców. Jak przechowywał owoce aż do wiosny było wielką tajemnicą pana Kawaguchi. W każdym razie właśnie w ten sposób dorabiał sobie do skromnej emerytury nauczyciela biologii. Najwięcej uciechy z wystawionych koszy miały dzieci, bo one mogły je brać za darmo, wiedząc jednocześnie, że każdemu należało się tylko jedno kaki dziennie.

Czytaj dalej

Opublikowano Fragment, Nowele, Opowiadania | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz